sobota, 28 listopada 2015

Kupić słonia...

Czy znacie tę historię o mężu, który po wypłacie do domu nie wraca tylko w tango idzie? A gdy wreszcie wróci, żona go o pieniądze pyta? On jej na to, że nie ma. A co się z nimi stało? Słonia kupiłem. I gdzie masz tego słonia? A on na to wymownie puste kieszenie wyciąga twierdząc, że to uszy są a trąby niech sobie sama szuka... :)))
Ja trąby nie mam ale takie uszy niedługo wyciągnę a urządzanie mieszkania jeszcze się nie zaczęło nawet. Ku mojej rozpaczy fachowca znaleźć nie mogę. Jeden taki wystrychnął mnie na dudka i teraz gdy już wszystko kupione i można zaczynać,  zapomnij babo, że zacznie który od zaraz lub chociaż w grudniu. Zostaje mi więc czekać tylko do tego stycznia i jak dzieci puzzle tak ja płytki sobie układam...


Wydaje się, że wszystko ładnie będzie pasować... Płytki heksagonalne zamówiłam w Dekordia, były o niebo tańsze niż w poznańskim sklepie chociaż koszt przesyłki trzech metrów kwadratowych płytek dość mocno podniósł koszt jednostkowy a ewentualne oszczędności z tytułu zakupu w sklepie internetowym okazały się niewielkie ale ziarnko do ziarnka...
Płytki cegiełki są już w ofercie chyba każdej firmy i sklepu, a najtańsze to już chyba za niecałe 50 zł można znaleźć. Ja jednak chciałam płytki bez fazy... Te niestety okazały się nie krążyć w okolicach 50zł a 100 i wyżej więc dałam spokój. Wybrałam Ape, bo mają fazę delikatniejszą niż inne płytki tego typu, a przy tym ich cena nie odstrasza i co istotne barwa listwy dekoracyjnej nie odstaje od płytki bazowej! W poznańskim Cermagu znalazłam je nawet tańsze niż w ofertach sklepów internetowych.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Na sprzedaż

Ławeczka sprzedana, pojechała do Kłodzka. Oferta na biokominek wciąż aktualna. 

I jeszcze lampa IKEA seria Barometer.


Cena: 100zł.

sobota, 21 listopada 2015

Szkolne niezbędniki?

Kiedy kupowałam to niewielkie biurko od razu zakładałam, że ostatecznie będzie to biurko Lili. I jest. W tym roku Lili została uczennicą klasy pierwszej i wydawało się koniecznym zapewnienie jej jakiegoś miejsca do nauki. Nie można temu meblowi odmówić uroku, natomiast do pojemnych nie należy, na niezbędne kredki, ołówki i takie tam uczniowskie przydasie znalazłam więc inny sposób. I wszystko to fajne ale koniec końców ulubionym miejscem do odrabiania lekcji i tak jest stół kuchenny lub ewentualnie, o zgrozo, kanapa  (z zeszytem na kolanach...) - okazuje się, że tak się da. Przeganiam wtedy rzecz jasna ale po cichutku cieszę się z tego czasu kiedy dzieci chcą jeszcze być tam, gdzie rodzice, nawet jeżeli ci zajęci są bardzo ważnymi i niecierpiącymi zwłoki sprawami.







Potomka nie spędza więc zbyt wiele czasu tutaj akurat, kredki to wszędzie u nas można znaleźć, pod kanapą, na kanapie, gumek i ołówków za to w ogóle, zawsze gdzieś się zawieruszą. Może trochę w tym i mojej winy jest, bo przyznam,  ostatnio często pożyczam te ołówki, linijki i gumki i nawet tę kasę tam, bo ona całkiem za kalkulator dobrze robi i mi pomagają te Lili gadżety projektować, kombinować i szacować. I najwyraźniej zapominam oddać...

Biurko od tego sprzedawcy
Dywanik H&M Home
Krzesło IKEA seria MÄLARÖ
Gałki porcelanowe Zara Home

poniedziałek, 16 listopada 2015

Niedzielna kucharka

Muszę Wam się przyznać, jestem kucharką tylko od święta... Nie wiem czy to kwestia umiejętności, czy chęci, gotuję rzadko, bardzo skromnie i bez wymyślnych składników. Może wydać się to dziwne, w końcu mam trzech domowników do wykarmienia ale prawda taka, że dzieciarnia żywi się w przedszkolu/szkole, Leniwiec ma godziny pracy zmienne, więc nie zawsze po południu jest w domu, a dla jednej gęby to mi się kuchni całej zafajdać nie chce. Muszę też się przyznać, że jestem dorosłym niejadkiem. Takim, co to nie przepada za gotowanymi warzywami, nie jada krewetek i innych stworzeń mniejszych niż ryba. I choć nie ukrywam, zdarzają mi się okresy, kiedy chcę się dać porwać temu wszędobylskiemu trendowi zdrowego odżywiania, gotowania i odkrywania przyjemności z przebywania w kuchni, to ilekroć próbuję znaleźć przepis na coś, co może urozmaicić nasze skromne domowe menu, poddaję się. Bo niewiele jest przepisów na potrawy, w których nie byłoby a to owoców morza, a to kasz (jak ja nie cierpię), a to jakichś kaparów, szparagów, filetów anchois, sera pleśniowego, surowego łososia, świeżej bazylii, dyni... Nie znoszę też i tego większość znajomych absolutnie nie może pojąć... młodych ziemniaków :))) Tak tak, jestem naprawdę wielkim niejadkiem. Dzieciarnia moja też. Tylko Leniwiec wciąga wszystko jak odkurzacz nawet jak mu nie smakuje potrawa, którą w swoim zrywie kucharzenia popełniam. Chociaż zupy dyniowej chyba też by nie zjadł...
No ale kiedy zdarza się nalot i gęb do wykarmienia jest więcej, to ja nie lubię im dawać schaboszczaka w panierce. Bo to jednak dużo stania przy patelni, żeby tak dla wszystkich nasmażyć i unoszący się wtedy charakterystyczny zapach, zupełnie do zniesienia w zaciszu domowym, w trakcie wizyt i wizytacji mnie irytuje cokolwiek. Na takie wydarzenia to ja najbardziej lubię potrawy, które można wcześniej sobie przygotować, a w odpowiednim momencie do piekarnika włożyć, w jeszcze bardziej odpowiednim z niego wyjąć, postawić na stół i bierzta, i jedzta! I to na takie okazje właśnie postanowiłam zaopatrzyć się, a ściślej mówiąc systematycznie zaopatrywać się w naczynia żaroodporne, takie co to można na stole ustawić bez krępacji i żenady, i bez tego całego przekładania na półmiski, patery czy co tam jeszcze. Wygodnie, szybko i jeszcze po wszystkim do mycia garów stos mniejszy...


Przepis na muszle ze szpinakiem znajdziecie tu. Ja za szpinakiem nie przepadam też, ale po wymieszaniu z fetą i zapieczeniu z żółtym serem jest dla mnie do przełknięcia :)
Może macie do sprzedania proste i spektakularne przepisy na danie bez składników wymienionych powyżej? :)))

sobota, 14 listopada 2015

Ogródek???

Zawsze myślałam, że naszym następnym miejscem na ziemi będzie niewielki domek parterowy z niezbyt dużym ogrodem, takim przy którym się człowiek nie namęczy za bardzo, a skorzysta z wszelkich uroków posiadania takiego ogródka. Wspominając o urokach ogródka mam na myśli oczywiście po pierwsze śniadania na trawie i wszelkie inne posiłki na świeżym powietrzu, po  drugie pobudzanie skóry w okresie wiosenno letnim do zwiększenia poziomu melaminy w postaci wylegiwania się w słońcu, wylegiwanie się w dmuchanym basenie wypełnionym rozkosznie chłodną wodą w okresie największych upałów, a w chłodniejsze wieczory wylegiwanie się na leżance jakiejś wygodnej, po opatuleniu się kocami i wprowadzanie w stan upojenia grzanym winem roztaczającym zapach przypraw korzennych.  Naprawdę stałam się żoną Leniwca...
Tymczasem zamiast parterowego domku będzie dwupoziomowe mieszkanie. Zamiast niedużego ogrodu: ogródek, ogródeczek, niewiarygodnie wręcz malutki, wyposażony w taras rozmiarów powiedzmy przyzwoitych. Taras jest wielkości mojego obecnego pokoju zwanego dziennym, więc nie ma co, tam się na pewno sporo może zadziać :)
I gdy tak sobie wieczorami rozmyślałam, co też w takim niewielkim, czterdziestometrowym ogródku można poczynić, poszperałam, przeszukałam milion zdjęć i inspiracji i znalazłam... Ja już wcale nie chcę żadnego wielkiego ogrodowiska. Ja chcę mój malutki ogródeczek. Nie będę musiała wydać fortuny u ogrodnika, godzinami plewić, kosić i przycinać. Będę naprawdę wylegiwać się! Oczywiście zaraz po tym, jak wrócę moim mieszczuchem z pracy :)))
A żeby Leniwiec miał co do roboty to mu trawnik zamiast takich płyt zostawię...




Zdjęcia są autorstwa Marianne Majerus, więcej zdjęć tego miejsca tu: Claire Mee i jeszcze tu.

Co mi będzie potrzebne...

1. IKEA seria ÄNGSÖ
2. IKEA seria NIPPRIG 
3. Dekoria, siedziska
4, 5 IKEA seria BYHOLMA

Co o tym myślicie?

niedziela, 8 listopada 2015

Sofy zastosowania różne

Zastanawiam się czasami jak one to robią... Skąd czerpią te swoje pokłady energii, gdzie znajdują niespożyte jej źródła? Istne perpetuum mobile. Potrafią dwie godziny bez mała biegać, krążyć, skakać, zjeżdżać w miejscu zwanym przez nas małpim gajem, opuszczają po tych dwóch godzinach z wielkim żalem i uciekają na pierwszą napotkaną w drodze powrotnej zjeżdżalnię... Ja niechętnie opuszczam nasze kanapiszcze, z niepokojem obserwuję jak staję się żoną Leniwca, a gdy nawet zdecyduję się na małą przebieżkę po parku, po powrocie nie kiwnę już palcem... Co sprawia, że co rano dzieci zrywają się z łóżek, jakby właśnie ten dzień miał być tym od tak dawna wyczekiwanym i radośnie oznajmiają nam w sobotnio - niedzielne poranki, że już noc się skończyła, więc oczywista oczywistość, że już ciepłe łóżko należy opuścić. Nic to, że w okresie letnim ta noc kończy się przed piątą... Tymczasem moją pierwszą myślą po przebudzeniu jest ta o rany znowu pora wstać... I w każdy roboczy dzień zwlekam się jak skazaniec z kanapy, wykopuję się z milusiej kołderki o nieludzkiej czwartej minut trzydzieści, a w najlepszym razie piąta zero zero. I podczas, gdy dla nas nasza kanapa jest miejcem, gdzie można z kubkiem ciepłej herbaty oddać się lekturze, wgapiać się w telewizornię lub po prostu zasnąć, dla tych małych stworzeń jest to miejsce wprost idealne do zabaw, stawania na głowie i fikania koziołków.








Kanapa oczywiście z IKEA
Wzorzyste poduchy idealne do staczania bitew H&M Home

czwartek, 5 listopada 2015

Miejskie życie

Po mieście, które remontem stoi od ładnych paru już lat, zdających się być wiecznością, samochodem poruszać się trudno. Komunikacją miejską nie lepiej, bo autobus potrafi utknąć w korku równie skutecznie. Tramwajem może byłoby i fajnie, gdyby tylko takowy docierał do Naramowic. Gdy więc tylko mam taką możliwość przesiadam się na mojego czarnego jednoślada. Po nocach śni mi się Kokkedal ale cóż, rowerem najczęściej wybieram się na zakupy lub inne mało ważne sprawy załatwiać, nie chciałam zadręczać się podczas zakupów myślami czy aby czasem drogi powrotnej pieszo nie będę musiała pokonać, bo ktoś akurat swoje marzenie o Kokkedalu moim kosztem postanowiłby spełnić. Więc zakupiłam czarnego mieszczucha, bez logo, bez marki i bez szału, ale lubię go bardzo. Właśnie dlatego. Trochę mniej za to, że się tam ciągle coś dzieje z nim :)
Bardzo żałuję, że nie mogę korzystać z niego częściej ale to się zmieni może po przeprowadzce - liczę na to ogromnie. Opuszczam to zakorkowane miasto, zamieniam na podmiejskie życie i do pracy, mniejsze już odległości mając, będę mogła przy sprzyjających okolicznościach pogodowych podążać moim mieszczuchem. Jaka to korzyść dla portfela i kondycji, i sylwetki ;)











niedziela, 1 listopada 2015

Łazienkowych rozważań ciąg dalszy...

Zastanawiając się, o czym mogłabym Wam dziś napisać, pomyślałam, by podzielić się z Wami inspirującymi zdjęciami łazienek, znalezionymi w czeluściach sieci, które wzbudziły we mnie zachwyt największy i spowodowały, że zdecydowałam o takim a nie innym wyglądzie naszych dwóch przyszłych łazienek, z których co pragnę mocno podkreślić żadna nie będzie kilkunastometrowym pokojem kąpielowym, ale za to jedna i druga wyposażone będą w okno, ba ta większa to nawet w dwa (ale maciupkie). I już ochoczo wzięłam się do ponownego przeglądu internetowych inspiracji, bo muszę się przyznać, że nie pomyślałam zawczasu, by ulubione zdjęcia od razu zapisywać i miast tego nieustannie poszukiwania zaczynam od początku, to jest wpisuję hasła naprzemiennie łazienka retro, łazienka vintage, łazienka skandynawska bądź biała tudzież angielskie odpowiedniki tychże zwrotów i zapadam się w kanapiszcze na godzinę przynajmniej... Więc już już miałam wyszukać parę pięknych łazienek dla Was i stwierdziłam, że pomysł to durny jest całkiem. Bo przecież każda z Was z wyszukiwarką radzi sobie samodzielnie może lepiej nawet niż ja. Dałam więc już temu pomysłowi pokój i wrzucam jedno jedyne zdjęcie. O takiej łazience z taką właśnie wanną marzę... I tym zdjęciem przekonuję siebie, że wolnostojąca wanna w małej łazience - to się może udać!

źródło: www.pinterest.com

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails