poniedziałek, 16 listopada 2015

Niedzielna kucharka

Muszę Wam się przyznać, jestem kucharką tylko od święta... Nie wiem czy to kwestia umiejętności, czy chęci, gotuję rzadko, bardzo skromnie i bez wymyślnych składników. Może wydać się to dziwne, w końcu mam trzech domowników do wykarmienia ale prawda taka, że dzieciarnia żywi się w przedszkolu/szkole, Leniwiec ma godziny pracy zmienne, więc nie zawsze po południu jest w domu, a dla jednej gęby to mi się kuchni całej zafajdać nie chce. Muszę też się przyznać, że jestem dorosłym niejadkiem. Takim, co to nie przepada za gotowanymi warzywami, nie jada krewetek i innych stworzeń mniejszych niż ryba. I choć nie ukrywam, zdarzają mi się okresy, kiedy chcę się dać porwać temu wszędobylskiemu trendowi zdrowego odżywiania, gotowania i odkrywania przyjemności z przebywania w kuchni, to ilekroć próbuję znaleźć przepis na coś, co może urozmaicić nasze skromne domowe menu, poddaję się. Bo niewiele jest przepisów na potrawy, w których nie byłoby a to owoców morza, a to kasz (jak ja nie cierpię), a to jakichś kaparów, szparagów, filetów anchois, sera pleśniowego, surowego łososia, świeżej bazylii, dyni... Nie znoszę też i tego większość znajomych absolutnie nie może pojąć... młodych ziemniaków :))) Tak tak, jestem naprawdę wielkim niejadkiem. Dzieciarnia moja też. Tylko Leniwiec wciąga wszystko jak odkurzacz nawet jak mu nie smakuje potrawa, którą w swoim zrywie kucharzenia popełniam. Chociaż zupy dyniowej chyba też by nie zjadł...
No ale kiedy zdarza się nalot i gęb do wykarmienia jest więcej, to ja nie lubię im dawać schaboszczaka w panierce. Bo to jednak dużo stania przy patelni, żeby tak dla wszystkich nasmażyć i unoszący się wtedy charakterystyczny zapach, zupełnie do zniesienia w zaciszu domowym, w trakcie wizyt i wizytacji mnie irytuje cokolwiek. Na takie wydarzenia to ja najbardziej lubię potrawy, które można wcześniej sobie przygotować, a w odpowiednim momencie do piekarnika włożyć, w jeszcze bardziej odpowiednim z niego wyjąć, postawić na stół i bierzta, i jedzta! I to na takie okazje właśnie postanowiłam zaopatrzyć się, a ściślej mówiąc systematycznie zaopatrywać się w naczynia żaroodporne, takie co to można na stole ustawić bez krępacji i żenady, i bez tego całego przekładania na półmiski, patery czy co tam jeszcze. Wygodnie, szybko i jeszcze po wszystkim do mycia garów stos mniejszy...


Przepis na muszle ze szpinakiem znajdziecie tu. Ja za szpinakiem nie przepadam też, ale po wymieszaniu z fetą i zapieczeniu z żółtym serem jest dla mnie do przełknięcia :)
Może macie do sprzedania proste i spektakularne przepisy na danie bez składników wymienionych powyżej? :)))

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

No to może bigos, spelnia te wszystkie wymogi. Mozna ugotowac dużo, trochę zjeść, a reszte pozamrażac w torebkach, żeby było na póżniej. Nie wiem , czy małe dzieci to jedzą.

kopciuszek pisze...

Jedzą ale rozchodzące się przy nim zapachy...

KERI pisze...

Podobne danie u nas to naleśniki ze szpinakiem i fetą, tylko że przy naleśnikach trzeba stać i smażyć, także chyba bardziej czasochłonne, muszę się skusić na taki makaron u nas ;) A tak przy okazji Kopciuszku - nasze córcie mają chyba tak samo na imię ;)

kopciuszek pisze...

Tak? Moja to Lilla ale mówimy na nią Lilka , Lilusia albo Lili. A Twoja?

KERI pisze...

Moja to Lili przez jedno "l" ;) a dokładnie Liliana ;) stąd też nowa nazwa mojego bloga ;) A dzisiaj kupiłam muszle i szpinak ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails