czwartek, 29 maja 2008

Wieczór romantyczny

Na cóż mi wypady na Stary Rynek, kiedy mam taki piękny ogródek???

Bluszcz



Kupiłam na balkon dwa bluszczowate kikuty, z których mam nadzieję doczekać się w ciągu paru lat gęstego buszu. Wydatek rzędu szesnastu złotych zmieścił się jeszcze w moim czerwcowym budżecie, ale teraz to już chleb ze smalcem :) Zbieramy pieniążki na wrześniowe wakacje i skutek jest taki, że płacąc za te badylki, człowiek ma wyrzuty sumienia... Ale czego się nie robi dla takiej wizji...


Daleko moim bluszczykom do tego obrazka (skopiowanego z bloga Modern Country), ale uzbroję się w cierpliwość i doczekam!

środa, 28 maja 2008

Słoneczne popołudnie

Jest tak piękna pogoda, że nie mogłam sobie odmówić popołudniowej herbatki na balkonie. Karmelowy deserek lodowy z bitą śmietaną i orzechami, mmmhmm! Gdyby jeszcze nie ten sąsiad z dołu, co to w swoim ogródku ćwiczy barmańskie żonglowanie shakerami i butelkami i przy tym brzęczy nimi, byłoby cudownie...
Podpatrzyłam w pewnej nadmorskiej lodziarni, idealny dla mnie sposób nakładania lodów. Nie żadne tam gałki, tylko zwyczajnie łopatką nakładali takie packi. Spodobało mi się to, bo mi gałki nie wychodziły nigdy satysfakcjonująco gałkowate, więc męczyłam się krojąc lody w kosteczki... Wyobrażacie sobie? A teraz pac łyżką zwykłą obiadową i deser jak się patrzy.

Dzban pełen łubinu

Niestety dzban okazuje się być powolnie przeciekający... fotkę pstryknęłam, ale chwilę później musiałam bukiet skrócić i włożyć do wazy. Szkoda, bo w dzbanie wyglądał bardziej okazale.
Zebranie tego łubinu na działce teściów kosztowało mnie tyle słów, próśb i gróźb, że każdej by się odechciało. Ten mój chłop na wszystko się w końcu zgodzi, ale ile ja się przy tym nagadam... a nasłucham ile...

wtorek, 27 maja 2008

Dzban

Ja też dostałam wczoraj prezent! Moja teściowa wspólnie ze szwagierką kupiły mi taki wielki wielgaśny dzban! Takie ogromniaste dzbany mają tę zaletę, że mogą pomieścić mnóstwo wody, więc czas spędzony na wędrówkach kuchnia - balkon - kuchnia zostaje skrócony. Duże dzbany wypełnione wodą po brzegi do lekkich jednak nie należą, co oznacza, że muszę mieć tego lata albo mocne nogi, albo ramiona... ;)

poniedziałek, 26 maja 2008

Mamom...

piękne bukiety, życzenia i całusy, świece, ciasta i desery... Kiedyś i ja będę dostawała kwiatuszki i laurki, a małe szkraby będą recytować dla mnie słodkie wierszyki :)))

niedziela, 25 maja 2008

muszle, które piasek grzebie...

na brzeg wpływają rozpienione treny...

i znów ściągają mokrą biel koronek z piasku...

nad morzem zwieszony świat się zieleni...


...pędźcie ognistokopytne rumaki
ku państwom Feba...


Nie będę się rozpisywać za wiele, było po prostu wspaniale! Chłód był co prawda chłodny, ale bezchmurnie, słoneczko wymuskało mą twarzyczkę na tyle skutecznie, że jestem czerwona jak córka Indianina... Nie zważając na okrutny wiatr wędrowaliśmy wzdłuż wybrzeża oczarowani i zakochani :) Smażona rybka smakowała jak nigdy, jadłam za dwóch!!!
Wszystkie podpisy pod zdjęciami z wyjątkiem ostatniego to fragmenty wierszy Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, ostatni to oczywiście Julia oczekująca swego Romea...

czwartek, 22 maja 2008

Morskie powiewy

"... Dzień ten mi nieznośny
Jak noc, co święto jakowe poprzedza,
niecierpliwemu dziecku, które nowe dostało szaty,
a nie może jeszcze w nie się przystroić..."


Jutro jedziemy nad morze, hurra! Nie mogę się już doczekać widoku mojego ukochanego Bałtyku, spacerów po piasku i zapachu ryby smażonej... Zniecierpliwiona postanowiłam zrobić sobie inspirowaną morskimi klimatami kompozycję. Zebrałam wszystkie moje muszelki mniejsze i większe, i zrobiłam nową osłonkę dla storczyka! Jak widać, zabrakło mi materiału, więc muszę jechać czym prędzej i trochę dokupić :) Zastanawiam się tylko jak ja teraz będę podlewać to biedne kwiecie...
Szekspira cytowałam z pamięci, mam nadzieję, że nie przekręciłam słów biednej Julii...

środa, 21 maja 2008

Wspomnienia

Przeglądając zdjęcia swojego mieszkania zdałam sobie sprawę, jak bardzo się zmieniało z miesiąca na miesiąc... Pamiętam nasze początki, kiedy mieliśmy ledwie komplet mebli z mojego domu rodzinnego i kanapę, na której trzeba było spać, a której materac jest tak miękki, że budziliśmy się nawzajem, ilekroć któreś z nas poczuło potrzebę odwrócenia się na drugi bok. Kuchni dorobiliśmy się dość szybko, bo już po dwóch miesiącach od zamieszkania mogliśmy zacząć normalnie w niej funkcjonować (stołu i krzeseł dorabialiśmy się dłużej, zabudowa była ważniejsza). Ta historia będzie właśnie o kąciku stołowym (jadalnia to zbyt szumna nazwa dla tego, w rzeczy samej, skrawka kuchni).
Na początku był sobie mały stolik i dwa krzesełka, które przywiozłam od mamy, a które w rzeczywistości powinny były od razu znaleźć się na balkonie. Jednak na czymś trzeba było jeść i choć wielkość stolika wskazuje na jego zastosowanie przy kawie, to lepsze to było niż trzymanie gorącego talerza na kolanach.

Potem upolowałam na Allegro stół, który kosztował mnie równo 80zł! Cieszyłam się jak dziecko i z niecierpliwością czekałam na dostawę. Stół przyjechał, ale okazał się zaledwie jeden centymetr wyższy od mebla ogrodowego... Miejsca na kolejny stolik kawowy już nie miałam, więc poprosiłam pana, który mi pomagał doprowadzić stół do porządku, żeby wydłużył nogi dokręcając do nich toczone elementy. Tak też zrobił i od tamtej pory stół dla mnie jest za wysoki. Zawsze, kiedy przy nim jem, mam wrażenie, że blat sięga mi do brody ;)


Trzeba było wreszcie kupić krzesła. Ponieważ nie chciałam już żadnych allegrowych niespodzianek pojechaliśmy do IKEA i kupiliśmy cztery sztuki białych czworonogów, które nadal nie są do końca złożone, więc uważać musi ten, co na nich siada opadając, bo wtedy siedzisko podskakuje i nie zawsze ląduje z powrotem w tym samym miejscu, a cztery litery siadającego mogą boleśnie to odczuć ;)

Ostatnio zastanawiam się nad kupnem białego kredensu. Może nie ma tu za wiele miejsca ale myślę, że się wciśnie i nie będzie źle. Biały nie przytłoczy, bo właściwie powinien zlać się ze ścianą, a każdy szanujący się stół kredens za sąsiada mieć musi... Chyba.
Świecznik oczywiście powinien wisieć nad stołem, aleśmy się nie mogli w suficie przewiercić naszą tanią wiertarką, więc wisi tam, gdzie deweloperowi się podobało hak umieścić. Dopóki nie zapadnie decyzja kredens albo niekredens, nic nie będę z tym robić.

Inspiracje

Czasami wystarczy jedno internetowe zdjęcie i

na stole pojawia się mały bukiecik zaklęty w szkle. Przy takim świeczniku można odpoczywać godzinami...
P.S. Ja przepraszam, że ja ciągle ten obrus taki niewyprasowany mam...

wtorek, 20 maja 2008

Czasomierze

Dostałam od mamy w prezencie śliczny zegar z motywem różanym. Zawisł w łazience, dzięki czemu moje poranne problemy z czasem zostały zniwelowane.

Korzystając z pretekstu obfotografowałam wszystkie moje zegary i zegarki...

Ten zegar jako pierwszy pojawił się w naszym mieszkaniu i w ogóle był jedną z pierwszych ozdób przeze mnie zakupionych. Wyszukałam go w Almi Decor, jestem z niego bardzo ale to bardzo zadowolona. Nie tyle z jego jakości, bo ta pozostawia wiele do życzenia, ale braku odpowiedniej prezencji nie można mu zarzucić: bajeczne wykrętasy i urocza miniaturowa szyszeczka u szczytu. Jego główną zaletą jest jednak to, że tarcze zegara są z dwóch stron. Z jednej więc strony wiem, jak długo gotować jajeczka, a z drugiej, jak długo mój ślubny korzysta z telewizorni.

Ten egzemplarz wypatrzyłam w wózku sklepowym pewnej uprzejmej kobieciny, która to wyjaśniła mi dokładnie, gdzie taki znajdę, nie licząc jej wózka z zakupami oczywiście. Tescowy zegar za raptem 30zł wisi sobie w przedpokoju... Jest drewniany i ma lekkie przetarcia, które nadają mu wygląd nieco nostalgiczny.

Budzik dostałam od Mikołaja tudzież Gwiazdora. Ale widziałam też takie w JYSKu ;)

To już mało wnętrzarski element, chociaż na półce prezentuje się równie ładnie, co na nadgarstku. Srebrny prezent od mojej mamusi za uzyskanie Absolutorium, hmmm, kiedy to było...

A to moja kolekcja czasowstrzymywaczy! Te już nikomu nie pokażą upływającego czasu, nikogo nie ponaglą i nie wyznaczą prędkości na 100 metrach w biegu przez płotki...

poniedziałek, 19 maja 2008

Chwila przerwy...

na herbatkę i ciasteczko przy balkonowym stoliczku...
P.S. herbatka była wzmocniona pewnym 95% trunkiem, dobre toto na tak zwaną chandrę, tylko trzeba uważać, żeby nie pić takiej o poranku :)


A te bratki, to kupiłam dwa miesiące temu, specjalnie na sesję zdjęciową. Dopiero teraz zakwitły, złośnice!

niedziela, 18 maja 2008

Kawałek balkonu

Jest i efekt moich nasadzeń, wiecznie zielona beczka. Z jednego boku żywotnika piąć się będzie trzmielina (jak troszkę podrośnie), z drugiego - bluszcz (jeżeli mu tam dobrze będzie, bo to odmiana domowa raczej), a po środku to coś iglaste, jałowiec.


Na pozostałe owoce moich wczorajszych poczynań musimy poczekać, aż się te stwory rozrosną, dopiero wtedy efekt pożądany zaobserwujemy, teraz to tylko kilka sterczących kikutów, uroczych ale jednak kikutów.

Podłogę na balkonie by się przydało wreszcie zrobić, ciągle jednak mam pewne wątpliwości... Drewniana byłaby piękna, ale zbyt trudna w utrzymaniu na takim balkonie, więc chyba jednak płytki. Ale zwykłe płytki??? Mam możliwość zdobycia od cioci, która wymienia stare podłogi, takich oto niebanalnych płytek (fotka pożyczona od Vespry z forum GW), niestety tamte nie są w tak dobrym stanie, jak te ze zdjęcia. Myślicie, że nadawałyby się na balkon w bloku???


Bo ja tak sobie myślę, że chyba te stare byłyby akuratne, dzięki nim balkon nabierze akurat takiego charakteru, o jaki mnie się rozchodzi... I uratuję kawałek pięknej podłogi...

sobota, 17 maja 2008

Sadzimy!

No, babeczki (wątpliwe, żeby zaglądało tu jakieś chłopczę), pora zacząć sezon ogrodowy... Jeszcze chłopa wysłać po świeżą ziemię trza i do dzieła przystąpić można. Znowu ziemia za paznokciami, bo rękawic nie lubię, ale potem, jak przyjemnie będzie wypić herbatkę na balkonie. Żadna ja tam ogrodniczka, kwiaty wybrałam te najzwyklejsze (prezent urodzinowy wam prezentuję), ale może coś ładniusiego z tego wyjdzie. I od dziś kjójik musi zapomnieć, co to balkonowe schadzki z wiklinowymi koszami, bo on zieleninę lubi znacznie bardziej niż te suche badylki...

piątek, 16 maja 2008

Happy Birthday

Dziś są moje urodziny!!! Czekałam na nie calusieńki rok :))) I wreszcie są! Będziemy zajadać się pysznym sernikiem z wiśniami, pić szampana i bawić się na całego! Więc zmykam na Stary!

środa, 14 maja 2008

Odrobina luksusu

Każdego na to stać...

I niech sczeznę, jeśli to nie najtańsze spa, jakie sobie można zafundować!!!

wtorek, 13 maja 2008

Drobne przyjemności...

Powrót do pracy był dla mnie trudny, a dzień smutny. Był powrotem do szarej rzeczywistości... Były chwile, kiedy, mimo woli, łzy same cisnęły się do oczu, chociaż bardzo tego nie chciałam... Dlatego w drodze powrotnej postanowiłam wynagrodzić sobie te smutki, wstąpiłam do kwiaciarni i zakupiłam bukiecik majowych konwalii, otoczyłam gałązkami białej frezji i do domu wróciłam już nieco weselsza...

poniedziałek, 12 maja 2008

Zadziwiające

Przeglądałam właśnie statystyki wejść na stronę i nie mogę się nadziwić! Ponad 400 wejść jednego dnia!!! A bloga piszę raptem od półtora miesiąca. Prawdopodobnie większość z was zna mnie z gazetowego forum, ale odwiedzają mnie też koledzy z pracy :))) i podobno przyjaciele i znajomi królika... Nie mogę też uwierzyć, że szukacie mnie, zapewne Polacy na emigracji, czasami z najodleglejszych zakątków: Indie, Australia, Turcja, Stany, Holandia, Austria, Bułgaria, Kanary, Niemcy, Anglia, Czechy! Oczywiście większość z was mieszka tak, jak ja w Polsce, może ktoś z was jest moim sąsiadem i codziennie rano widzimy się na przystanku?
Dziękuję wam wszystkim, cieszę się, że tak chętnie mnie odwiedzacie i mam nadzieję, że będziecie dalej tak czynić...

Dla wszystkich w podzięce koszyk bratków wyszukałam w moim fotkowym archiwum... Zdjęcie jest, krótko mówiąc, fatalne, cała ja :)))

Świeczniki!

Uprzejmie donoszę, że pokazane poniżej świeczniki były widziane dziś w samo południe w TESCO Batorego, Poznań! Jest kilka sztuk takowego materiału, na jedną sztukę trzeba z portfela wyciągnąć całe 14,99 polskich złotych! Kto żyw niech biegnie, kto nie ma sił w nogach, może zdąży i na pocieszenie dostanie mu się podobny, ale nie biały i sam będzie musiał malować.
Jednocześnie uprasza się uprzejmie o nietraktowanie tego posta jako spamu, reklamy czy jeszcze czego innego. Kto umie oko przymrużyć, niechaj tak czyni, kto nie, niech zapomni, że w ogóle to czytał, ot co.

niedziela, 11 maja 2008

Biało

Wyszłam wczoraj z domu i ten bukiecik rósł wprost na mojej drodze :))) Nie mogłam przecież go nie przygarnąć i nie zaprosić w moje skromne progi...
P.S. Bukiecik rósł dość wysoko, ale byłyśmy we dwie, jedna wisiała na gałęzi a druga rwała, co sił... Wyobraźcie sobie dwie kobitki pod trzydziestkę, buszujące w krzakach bzu, z wyrazem obłędu w oczach. Świadków nadgorliwych, co to ruszyliby na obronę roślinie w potrzebie, na szczęście nie było.

sobota, 10 maja 2008

z drzewa koń na biegunach...

Od dziś moich gości będzie witał ten oto klasycznej urody koń... O ile po raz kolejny nie straci ucha w walce z czyjąś koniczyną dolną, bądź też królik nie przypomni sobie, że ogony drewniane są całkiem smaczne i dobrze się na nich ściera zęby...
Koń ten to prezent od Mikołaja, ale ja wiem dobrze, że Mikołaj ten jest brunetem o piwnych oczach i zaopatruje się na Allegro... ;)

Książki, książki


Prosty sposób na ogarnięcie kolorowego chaosu, jaki wprowadzają książki. Trochę białego papieru pakowego, czarny długopis i od razu domowa biblioteczka nabiera innego wyrazu. Pomysł ściągnęłam ze zdjęć Moniki Kantor. Namęczyłam się co nieco z tymi okładkami, ale efekt zadowalający...

piątek, 9 maja 2008

Różana zdobycz


Mąż niedługo zablokuje mi Allegro! Ale co ja poradzę, że tam takie cuda za parę groszy można znaleźć? A ja zawsze mam wrażenie, że muszę wykupić wszystko ładne póki jest, bo potem to już na pewno nie będzie... Obrus wykonany haftem krzyżykowym, w moich ulubionych kolorach za jedyne 15zł? Musiałam go mieć!


A oto przykład, jak zrobić użytek ze starego ikeowskiego kubka za złotówkę... Kubek prosto stoi, to ja krzywe zdjęcia robię :)

czwartek, 8 maja 2008

Ukradłam...

Hihi... w biały dzień... Żartuję oczywiście, rośnie przed płotem opuszczonej działki, więc nikt mi nie weźmie chyba za złe tych kilku gałązek. Ten zapach mi przypomina, że już niedługo skończę 27 lat...

Mój Piękny Dom

Skontaktowała się ze mną telefonicznie redaktor naczelna magazynu i okazuje się, że publikacja została przesunięta o miesiąc, czyli czekamy na numer lipcowy. Powstał sześciostronicowy materiał, który nie zmieściłby się w czerwcowym numerze, a szkoda było ciąć. Uzbroić się trza w cierpliwość... i ukraść komuś trochę bzu, bo już pięknie zakwitł.
Zmieniłam ustawienia, także teraz już chyba każdy może dodawać swój komentarz, do czego zachęcam serdecznie. Dzięki temu będę wiedziała, że nie gadam do ściany :)

Pokój dzienny w nowej szacie...

Na początek nowe zasłonki nieco przykrótkie (doprawdy nie wiem jak ja wymierzyłam, że mi pasowało), ale myślę, że powieszenie ich na żabkach załatwi sprawę. Muszę tylko nabyć takie żabki. Zasłonka na drzwiach balkonowych z założenia miała nie być długa, co by królika pozbawić przyjemności jej drapania, gryzienia i załatwiania na niej pewnych innych życiowych potrzeb.


Zasłonki przepuszczają takie delikatnie rozproszone światło, niestety nie umiem tego uchwycić aparatem.


A to już nowa biało - niebieska odsłona pokoju dziennego. Trochę świeżości i lekkości na nadchodzące gorące dni...





Fotograf ze mnie marny, nic na to nie poradzę, przykro mi...

Wielkie rozczarowanie...

Pobiegłam dzisiaj do kiosku, bardzo podekscytowana (a trzeba wam wiedzieć, że jest to teraz dla mnie wysiłek nie lada), już na miejscu przejrzałam... i nic, nie ma mojego mieszkania... Możliwe, że ktoś z redakcji kontaktował się ze mną mailowo, ale ponieważ od czterech tygodni jestem na zwolnieniu, nie odbieram poczty pracowniczej, bo nie mam do niej dostępu. Spróbuję skontaktować się z nimi i dowiedzieć czegoś... Na pocieszenie dla wszystkich podglądaczy mojego domku wkleję parę swoich zdjęć.

środa, 7 maja 2008

Lawendowe zapachy

I kolejny uroczy akcent do mojego mieszkania zakupiony w jednym z moich ulubionych sklepików internetowych. Nie dość, że pięknie się prezentuje, to jeszcze rozsiewa wokół kojący zapach lawendy... W przypadku tej starej bieliźniarki bardzo się toto przydaje :)))


Historia tej bieliźniarki jest bowiem dość specyficzna i zniechęcająca do zakupów na Allegro. Kupiłam ją za niecałe 200zł, załatwiłam transport przez firmę, w której pracuję, toteż jego koszty ograniczyły się do podziękowań... Ale jakież było moje zdziwienie, kiedy szafa wreszcie dotarła! Cuchnęła przeokrutnie kocimi siuśkami!!! Musieliśmy wystawić ją na balkon, bo nie dało się w nocy spać! Na szczęście po renowacji intensywność zapachu była niższa i z czasem zanikła. Ale nie mogłam zrobić z niej nic innego, jak szafkę na buty, po prostu nie mogłam się przemóc, żeby przechowywać tam cokolwiek innego.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails