sobota, 9 września 2017

Dębowy przybytek


Stół to mebel taki, który w domu stanąć musi. W moim mniemaniu rzecz jasna, bo są i takie domy, w których jada się na kanapie, przy ławie, stoliku, można też zwyczajnie na kolanach. Są też tacy, co preferują barki, wyspy i inne takie wynalazki, z wysokimi hokerami i możliwością frywolnego wymachiwania nogami. Każdy ma, co lubi, ja akurat preferuję stół najzwyczajniej. Taki co, to jak przy nim zasiądę to czuję grunt pod nogami, plecy mogę mieć proste ale nie za bardzo, operowanie sztućcami jest możliwe bez obaw, że się talerz z kolan zsunie i posiłek przepadnie wraz z potłuczonym talerzem owym nieszczęsnym. Oczywiście, przyznać się muszę bez bicia, że i na kanapie zdarza nam się konsumować niekiedy, nie jestem w tym temacie jakaś rygorystyczna bardzo, natomiast nie wyobrażam sobie, by na każdy nasz posiłek składało się danie nie wymagające użycia widelca i noża.






Wybierając nasz stół pod uwagę brałam czynników kilka, z których każdy rozważany osobno skutkowałby zapewne innym wyborem ale rozważane łącznie dały taki a nie inny efekt:
1. zasobność naszego portfela,
2. wielkość naszej strefy dziennej,
3. przestrzeń jaka w owej strefie może zostać przeznaczona na ten obiekt będący przedmiotem rozmyślań,
4. liczbę osób jaka na co dzień i od święta będzie przy nim zasiadać.
W takiej niezbyt dużej strefie dziennej jak nasza, najlepiej sprawdziłby się stół rozkładany: dla czterech osób na co dzień, a żeby się rozciągał (najlepiej w nieskończoność) w razie rosnącej liczby spodziewanych gości. Niestety rozkładane stoły są droższe od ich nierozkładanych odpowiedników, niekiedy nawet dwukrotnie, co nie było bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji. Mogłam oczywiście wybrać stół wykonany z tańszych materiałów, a za to rozkładany, pewnie że mogłam. A jednak nie chciałam. Ja chciałam mieć stół z tych porządnych, solidnych i trwałych. Na lata. Lata! To mam, stół nierozkładany, na tyle duży, by przy nim wygodnie ugościć osób osiem (a jak chude i małe to nawet i dziesięć), a jednocześnie o rozmiarach takich, by jeszcze dało się przejść. Stół zawładnął naszą przestrzenią dzienną ale oto też trochę chodziło. 







Bo ten stół ma być takim centralnym punktem domu. Nie tylko miejscem spożywania posiłków i podejmowania gości ale też i miejscem, gdzie można odrobić prace domowe, namalować dinozaura i zagrać w super farmera, eurobiznes albo uno (to nasze ulubione gry). Można też urządzić pod nim całkiem pokaźnych rozmiarów domek, raptem trzy koce i kryjówka jak się patrzy.
By ten czas przy nim spędzany był jeszcze przyjemniejszy muszę rozejrzeć się za jakimiś wygodnymi krzesłami i odpowiednimi lampami. W sprawie tych ostatnich mam już coś na oku. Jeżeli o krzesła chodzi - pustka kompletna, a że środków nań brak - nie zaprzątam sobie tym na razie głowy wcale. Te krzesła ogrodowe są całkiem całkiem.










Wybierając stół na miarę swoich potrzeb pamiętajcie, że ważna jest nie tylko długość stołu - od tej zależy ile osób zmieści się przy stole, ale też jego szerokość. Moim zdaniem absolutne minimum, by prócz talerzy dla gości swobodnie można ustawiać półmiski, misy, wazy, dzbany, sosjerki, solniczki, pieprzniczki (co jeszcze na stole się stawia?), nie mówiąc już o bukietach i świecznikach, to 90 cm. Nasz stół mierzy w szerokości 95 a i tak uważam, że spokojnie mógłby mieć i sto... Pohamowałam się jednak ustalając gabaryty ze stolarzem, bo w ostateczności nasz dzienny pokój to ledwie 20 m kwadratowych...
P.S. Przyznam Wam się szczerze, jeszcześmy nie zdążyli gości sprosić do tego stołu. Z tego też powodu w misach pusto :)

sobota, 29 lipca 2017

Błędy przy urządzaniu mieszkania (mojego)


Mówią, że pierwsze swoje mieszkanie urządza się dla wroga, drugie dla przyjaciela, a dopiero to trzecie dla siebie. Hmmm... myślę, że to nasze pierwsze nie było aż takie złe, aczkolwiek gdybym miała urządzić je teraz - z pewnością urządziłabym je nieco inaczej. Nie wiem jednak czy odmienność ta wynikałaby w rzeczy samej z przemyśleń nad popełnionymi błędami, czy w istocie byłaby rezultatem zmiany gustów, a może obowiązujących trendów... Teraz jednak skupiam się na urządzaniu nowego naszego mieszkania, a ponieważ mam zamiar zestarzeć się tutaj, obawiam się, iż nie dane mi będzie zasmakować w dekorowaniu wnętrz jak "dla siebie" i wersja przyjacielska będzie musiała okazać się satysfakcjonująca. Muszę przyznać, iż wydawało mi się, że wiem dokładnie czego chcę, gdy wystartował projekt "przeprowadzka". Okazało się jednak, że byłam w błędzie wielkim, a pomysły na nowe wnętrza zmieniały się z dnia na dzień, podjęcie ostatecznych decyzji nie było jednak nigdy pochopne i wynikało z dogłębnych moich analiz, finansowe w to włączając. Kompromisów nie było wiele, raczej poszukiwania złotego środka, tańszych dystrybutorów bądź odkładanie mniej potrzebnych wydatków (jak zmywarka czy kominek) na bliżej nieokreślony termin w przyszłości... Pomimo tych wszystkich planów, analiz i przemyśleń, nie wystrzegłam się niestety kilku błędów. Nie są może one jakieś istotne wielce, z perspektywy roku zamieszkiwania tu mam jednak kilka takich punktów, które zrobiłabym dziś inaczej. Nie jest to żaden to artykuł w stylu "magiczne dziesięć", ot dokładnie tyle, ile dostrzegam po dwunastu miesiącach.



1. Brak ogrzewania podłogowego w dolnej łazience - nie bez powodu rzecz ta znajduje się na pierwszym miejscu mojej listy. Podłoga w dolnej łazience jest okrutnie wręcz zimna, nawet latem. Lato jakie mamy tego roku, każdy widzi, w czasie upałów taka chłodna podłoga może i być źródłem przyjemnego orzeźwienia, biorąc jednak pod uwagę obecną aurę podejrzewam, iż nie będzie mi dane tego docenić w najbliższym czasie. W okresach jesienno - wiosennych, kiedy ogrzewanie centralne jest jeszcze/już wyłączone, a poranki i wieczory już/wciąż zimne, stąpanie boso po takiej podłodze to jakaś tortura jest. Marząc o ciepłej podłodze w łazience ratuję się różowym dywanikiem i ciepłymi kapciami...



2. Kabina prysznicowa niedopasowana do brodzika zlicowanego z podłogą. Defekt czysto kosmetyczny, zupełnie nie mający wpływu na użytkowanie tejże kabiny. W poszukiwaniu omawianej rzeczy jak najwyższej, z uwagi na płaski brodzik i całkiem słuszny wzrost małżonka, pominęłam w swoich rozmyślaniach tak istotny szczegół, jak wymiary montażowe kabiny. Niesłusznie całkiem założyłam, że skoro kabina jest sprzedawana jako 80x80 to zarówno jej szerokość jak i głębokość winna wynosić osiemdziesiąt przecinek zero. O tym jak bardzo się myliłam, dowiedziałam się zbyt późno już, przeto zarówno brodzik jak i linia płytek ściennych wychodzą nieco poza kabinę. Staram się tego nie zauważać.




3. Brak wysuwanej szuflady w szafce pod zlewozmywakiem. Chciałam taką, płynnie wysuwaną, co to umożliwia wygodne segregowanie śmieci. Wykonawca kuchni odradził mi jednak, za argument mając dość niskie szafki dolne, a głęboki całkiem zlew i w związku z tym niewielką ilość miejsca w szafce na takie sunące trofea. Po roku jednak stwierdzam, że był to błąd, korzystanie z takiej zwykłej szafki jest dość uciążliwe, a już najbardziej chyba irytuje mnie wyrzucanie torebek po herbacie ekspresowej. Zawsze coś, cholera, skapnie na podłogę. Z pewnością poratuję się wynalazkiem IKEA z serii UTRUSTA, dwa takie ustrojstwa to już jednak spory wydatek a i tak wygoda mniejsza niż takiej całej wysuwanej szuflady.

4. Jasne fugi na podłodze. Zastanawialiście się kiedyś, jaki kolor ma właściwie kurz? Ilekroć ścieram go z powierzchni ciemniejszych odnoszę wrażenie, że jest jasny (kremowo - beżowy, ostatecznie szary), kiedy natomiast zabieram się do zmywania podłogi w górnej łazience, nie mam złudzeń - kurz nie jest jak kameleon, im jaśniejsza powierzchnia tym on ciemniejszy. Nie wierzcie więc nikomu, kto twierdzi, że taką czy inną powierzchnię trudno utrzymać w czystości, bo widać na niej rzeczony kurz. On jest wszędzie i widoczny będzie na każdej. Wyjątek to wszelkiego rodzaju wielobarwne powierzchnie oraz te o niejednorodnej strukturze. Utrzymanie tej szarej podłogi w czystości to jakaś syzyfowa praca jest, można by myć ją co godzinę. Współczuję właścicielom podłóg białych... Już chyba czarne płytki byłyby lepsze, przynajmniej fuga byłaby ciemna i bez widocznych zabrudzeń jak mniemam... Bardzo jasny odcień szarej fugi nie jest moim wyborem, albowiem odpowiednie dobranie barw tejże do płytek pozostawiłam pracownikom firmy remontowej. Barwa jest odpowiednio dobrana, jednakże z chwilą kiedy ujrzałam gotową łazienkę, pomna kremowych fug w poprzednim mieszkaniu, wiedziałam jak skończę. Okazuje się, że jest nawet gorzej niż przewidywałam, ponieważ, w odróżnieniu od płytek w poprzednim mieszkaniu, te tutaj są w jednolitym wybarwieniu, przez co zabrudzenia fug są znacznie bardziej widoczne. W rezultacie, by mieć ładną podłogę w łazience, czyścić fugi musiałabym nader często, a pożądany efekt utrzymuje się wyjątkowo krótko, szkoda więc moich wysiłków. Skończyłam czyszcząc Domestosem raz na kwartał i ciesząc się ładnym wyglądem podłogi przez kilka dni. Potem wszystko wraca do normy. Ostatnio naczytałam się o istnieniu impregnatów do fug, nabyłam więc preparat o takowej nazwie (impregnat do fug i płytek firmy Atlas). Niestety nie wniósł on nic do mojej sprawy, fugi brudzą się jak brudziły, a dodatkowo na płytkach pozostały plamy po resztkach preparatu. Nie wiem czy i jak uda mi się je usunąć, na razie nie chce mi się nawet o tym myśleć :(


5. Piec dwufunkcyjny przepływowy. Nie znam się na technicznych aspektach CO i CW nic a nic, w przeciwieństwie do mojego taty, który z pewnością doradziłby coś słusznego, gdyby wciąż jeszcze chodził po tym świecie. Nie ma go już niestety, swej ogromnej wiedzy nie przekazął, nad czym obecnie ubolewać muszę. Piec mam taki, jaki w standardzie oferował deweloper. Można było oczywiście za odpowiednią dopłatą zmienić model pieca ale ponieważ nie posiadam odpowiedniej wiedzy tajemnej, by ocenić, jaka też korzyść mogłaby płynąć z owych zmian i dopłat, nie skorzystałam. Być może piec z zasobnikiem pozwoliłby uniknąć problemów, z jakimi się borykamy? Teraz nim się woda nagrzeje po odkręceniu kurka, wiele jej upłynąć musi, przez co rachunki z wodociągów podwyższone, a dzieci ręce w zimnej wodzie myją, bo gdzieżby miały każdorazowo na ciepłą tyle czekać... Gdy korzystam z kąpieli bądź deszczownicy - używam strumienia na 3/4 mocy, gdy chcę więcej/szybciej - woda leci chłodna, jak się domyślam, to ustrojstwo nie nadąża ogrzać zwiększonej ilości przepływającej wówczas wody. Jeszcze nie wiem, jak się sprawy mieć będą, gdy w tym samym czasie dwie osoby korzystać będą z prysznica i wanny... Na razie unikamy takich sytuacji. Po co się denerwować?

6. Pralka bez funkcji suszenia. Odwieczny problem braku odpowiedniego miejsca na suszarkę z praniem. Gdzie by nie postawić, zawsze wadzi. Latem niby można w ogródku, ale ja nie lubię, gdy nasze gacie powiewają na wietrze, wystawione na widok publiczny, a takim nasz ogródek uważam. Pościel, koce, obrusy - to jeszcze pół biedy, niestety nasze pranie nie ogranicza się jedynie do takowych. Niektórzy uważają, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego i w związku z tym rozważają zakup suszarki bębnowej wyłącznie jako osobnego urządzenia. Niestety z braku miejsca niemożliwym jest wciśnięcie u nas jeszcze i osobnej suszarki. Rozważaliśmy zakup pralko - suszarki więc, trochę szkoda, że zabrakło na nią środków.

7. Drzwi wewnętrzne z sieni do strefy dziennej. Początkowo (ze względów finansowych) miało ich nie być tu wcale. Ostatecznie jednak udało się uzbierać odpowiednią ilość środków i drzwi zostały zamontowane. Troszku się bałam chłodu z zewnątrz i zdecydowałam, że takie drzwi mogą być przydatne. I owszem, rzeczywiście zimą, przy zamkniętych drzwiach, w pokoju jest cieplej. Ale cóż z tego, kiedy dolna łazienka znajduje się za tymi drzwiami? By do niej dojść, trzeba przejść przez sień, w której jest dość chłodno, co sprawia, że i w łazience nie jest za ciepło, nawet jeżeli jest ogrzewana dość mocno. Żeby tak chłodno tam nie było, trzeba otworzyć te felerne drzwi lub... włączyć ogrzewanie w sieni. Przy skorzystaniu z tej drugiej opcji, gdy grzejnik w sieni jest odkręcony, nie ma potrzeby zamykania omawianych drzwi, bo chłód z zewnątrz nie jest wówczas odczuwalny. Błędne koło. Pomijając kwestie oszczędzania energii grzewczej - zamknięcie drzwi (a konieczne jest zamknięcie drzwi, by dostać się do zawartości szafy wnękowej, której nie ma po prawdzie jeszcze ale będzie przecież kiedyś) powoduje, że w sieni nastają egipskie ciemności i bez włączenia światła się nie obejdzie. Nietrafiona kompletnie decyzja - środki ulokowane w te drzwi mogliśmy przeznaczyć na zakup wspomnianej wyżej pralko - suszarki... Choć gdy tak patrzę na to zdjęcie, muszę przyznać - piękne są :)))

niedziela, 9 lipca 2017

Małego tortu historia krótka


Ilekroć zabieram się do przygotowania czy to ciasta, deseru, czy to kotleta bądź zupy - z przepisu zaczerpniętego z książki, strony internetowej czy inszego jeszcze źródła, zastanawiam się, co może pójść nie tak, bo że coś pójdzie nie tak, jestem tego najpewniejsza. Zawsze coś jest nie tak. Zastanawiam się nawet czy autorzy rzeczonych przepisów mają jakiś cel w tym, by pominąć ten drobny szczegół, tę wiedzę tajemną, która sprawia, że w ich wykonaniu wszystko jest doskonałe, a w moim już jakoś niespecjalnie. Wszyscy w komentarzach zachwyceni kremem z kalafiora, a my... męczymy się tym kremem przez trzy dni, bo sycący bardzo, a nikt się jakoś o dokładkę nie dopomina... Cantuccini jak oryginalne włoskie ciasteczka? A moje lądują w koszu na śmieci, bo ani to smaku, ani zapachu nie ma, a nikt nie chce stracić części uzębienia na ciastkach, które ni to smaku, ni zapachu nie mają... Sernik na zimno, nic prostszego nie ma w świecie, a jednak żelatyny jakby za mało, nie ściągnie dość mocno i paćkę twarogową zmuszona jestem serwować gościom...
A tu nagle zamówienie od syna na tort malinowy dostaję. Myślę sobie, co tam będę ryzykować, ciężko będzie urodzinowe świeczki w malinową paćkę w końcu wcisnąć, kupię w cukierni i już. I cóż kiedy się zgapiłam, na zamawianie za późno już, a na miejscu nic nie mieli. Zakupiłam więc paczkę malin mrożonych, pozostałych składników również, zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty... Obłędnie wręcz malinowa charlotte to jeden z prostszych do wykonania deserów, świetnie sprawdzi się również w roli niewielkiego tortu. Ale uwaga, biszkoptowe języczki za nic nie chcą pozostać na miejscu układane w formie jeden przy drugim, przed wylaniem masy, nawet jak się je zetnie z jednej strony na prosto. Poradziłam sobie w ten sposób, że dno formy wyłożyłam cienkim blatem biszkoptowym o średnicy nieco mniejszej niż średnica formy i w powstałą między bokiem formy a biszkoptowym rantem szczelinę upychałam języczki. Zauważcie też, moje języczki nie są idealnie proste, trochę jakby z wcięciem w talii, masa musiała się wydostać przez szczeliny między nimi... Śmiem twierdzić, że tym co nie wyciekło, ułożyli biszkopty już po wyjęciu deseru z formy, a pozostali, podobnie jak ja, przed wykonaniem zdjęcia owinęli deser dekoracyjną tasiemką, koronką czy co tam było pod ręką, by drobny ten szczegół zakamuflować :))). Jak widzicie, zawsze coś pójdzie nie tak. Czasem jednak uda się coś zaradzić...




Korzystałam z przepisu stąd, z tym że zgodnie z zamówieniem, zamieniłam truskawki na 400 g mrożonych malin, sok z cytryny zupełnie pominęłam, a udekorowałam mieszanką świeżych owoców wedle upodobania. Czasu miałam mało, więc nie czekałam aż maliny (do musu) rozmrożą się samoistnie w temperaturze pokojowej, przyspieszyłam nieco ten proces podgrzewając na małym ogniu, po czym schłodziłam...
A Wam zawsze wychodzi?

sobota, 1 lipca 2017

Szara strefa


Może być to prawdą, że nasza szara sofa jest ciut jakby za duża, za przysadzista i za szara. Mogłaby być mniejsza nieco, zgrabniejsza w formie i odrobinę jaśniejsza także. Muszę jednak przyznać, że choć designersko może nieco jej brakuje, jednak wszystkie te jej wady mają i dobre strony. Kanapa jest niesamowicie wygodna. Jak się w niej człowiek zapadnie, w lekturze zaczyta, to się zmusić do porzucenia swojego miejsca posadowienia nie może. Dzięki jej gabarytom, z tych nieziemsko wygodnych warunków możemy korzystać całą naszą czwórką, łącznie z Leniwcem, co to spokojnie za dwie osoby miejsca zajmuje, no a przynajmniej jedną i pół... Rodzinny seans filmowy? Starczy rozłożyć (bez usuwania tylnych poduch) i się z jednej leżanki robią trzy, całkiem spore, na tyle duże, że się wszyscy mieszczą i nikt nikomu nie wadzi. Nie przeszkadzałoby mi nic a nic, gdyby IKEA do swojej oferty różnorodnych pokrowców dorzuciła nieco jaśniejszy odcień szarości, jednak cieszy mnie fakt, że nie muszę tych pokrowców prać tak często, jak się to zdarzało w przypadku białych sof. W ich czyszczeniu nie tyle przeraża mnie sama częstotliwość, bo w końcu to pralka pierze a ja sobie leżę, co fakt, jak mocno się w tym praniu pokrowce kurczą i jak trudno w takie skurczone przyodziać mebel. Mamy więc swoją ciasną, szarą strefę wypoczynku, niewielki metraż w niczym jednak nie przeszkadza. W końcu człowiek może cztery litery w jednym miejscu naraz posadzić. A tu miejsca dla czterech tyłków nie brakuje. 



Co mnie jednak najbardziej cieszy, to fakt, że udało się tu wcisnąć nasz portal kominkowy. Niestety na kominek taki najprawdziwszy, ze skwierczącym drewnem, iskrami i popiołem do uprzątnięcia, przyjdzie mi jeszcze sporo poczekać, parę lat zejdzie, dobrze więc, żem jeszcze nie sprzedała tego w wersji bio. Choć taki kominek nie daje tyle ciepła, co wersja opalana drewnem, to jednak jest odczuwalne to ciepło, a ustawiony blisko kanapy pozwoli z pewnością cieszyć się żywym ogniem w chłodniejszej porze roku.
Jak widać. wciąż brakuje co nieco. Lampy, poduszki, coś tu się jeszcze wymyśli, coś tu się jeszcze ulepszy, zmieni i poprawi, tu doda tam odejmie i będzie jak należy. Ale to wszystko z czasem. Przyjemności należy sobie dozować z umiarem.
 
P.S. Gdyby ktoś reflektował na białą sofę EKTORP z IKEA, wersja trzyosobowa nierozkładana - proszę o kontakt, mam takową na sprzedaż. Pokrowce ciągle jeszcze w stanie znośnym.





Well, it might be true somehow our sofa is too big, too stubby and finally: too grey. I would don't mind if it were a litle bit smaller, more fashionable, and a little bit lighter, just a little bit. But I must admit that all of these above mentioned disadvantages have good points as well. The sofa is amazingly comfortable! When anyone falls down here, enjoying his book for example, he cannot force himself to leave the place. Thanks to its gauge we can all toghether make a use of this incredible comfortable conditions, even with the Sloth, who needs the space for the two, well at least one and a half. Family film show? Just pull out the underframe without removing back cushions and you have three (quite big) chaise longues instead of one, big enough for the four of us. It would be very nice if IKEA offered lighter grey version of sofa cover but I am so happy that I don't have to make a laundry as often as I used to do having white sofa in my previous flat. It's not the frequency of cleaning that makes me feel worried about it (at least we have a washing machine) but the shrinkage of the material, it's so hard to put such shrinked covers on! So, we have this tiny grey area for relax but is it really necessary to have it bigger? At least you can sit your ass down only one place at one time, true ha? And here there is enough space for four of our bottoms.

What pleases me the most is the fact of having this fireplace portal here. Unfortunately we will have to wait quite long to have the real fireplace, I mean the one with firewood, sparks and ash to remove and clean, several years I suppose. Such biofireplace doesn't give so much warm as the real one but its warm is perceptible and due to the fact it is now just next to the sofa, we will enjoy sitting near the fire when it will become cold outside.

As you can see, we still miss some things: lamps, cushions. something to think about, to improve, change and correct, something to add and maybe to remove. This is yet to come.

P.S. If anyone of you is looking for white EKTORP sofa by IKEA, please do not hesitate to contact, I have one to offer. The covers' condition is still not so bad.

niedziela, 28 maja 2017

Porankiem na tarasie


Możliwość skonsumowania posiłku na świeżym powietrzu to możliwość wspaniała. Przynajmniej dla mnie. Pomijając kwestie much, os i komarów (to w zależności o jakiej porze dnia posiłek ów miałby być skonsumowany), zbyt dużego wiatru, zbyt niskiej temperatury, zbyt ostrego słońca czy innych niesprzyjających okoliczności przyrody, uważam, że gdy kto ma możliwość spożywania posiłków na świeżym powietrzu, powinien z tej możliwości skrzętnie korzystać. Okazuje się jednak, że w swoim stanowisku nie znajduję poparcia najbliższych członków rodziny. I podczas gdy ja zjem śniadanie, obiad czy kolację na tarasie zawsze chętnie choćby słońce w oczy raziło, a owady wszelkiej maści doprowadzały do szewskiej pasji, to pozostali domownicy się buntują, że oni na tarasie nie chcą, w zależności od okoliczności znajdując co raz to nowe powody dla swojego oportunizmu (patrz powyżej). Na nic moje starania, by się poczuli jak na wakacjach, w przyjemnym ogródku gdzieś nad morzem, na nic moje stylizacje, na nic moje kolorowe nakrycia stołu. Obrażone towarzystwo, foch, ot i co.

Having oportunity to consume any meal at the open air is a great oportunity. At least for me. In my opinion, apart from flies, wasps and mosquitos issues (depending on which part of the day the meal should be consumed), too strong wind, too low temperature, too scorching sun or any other unfavourable nature conditions, everyone who has the possibility to consume his meal outside, should take this oportunity. However, it turns out that I am completely lonely in this standview, taking into consideration the rest of my family... I would not care of the scorchy sun or any insects driving me mad if only I could enjoy my meal on the tarrace. But this is not the case when thinking of any other member of our household... They just don't want to, and depending on the circumstances can find any reason for an explanation (see the text above) of their opportunism. No matter how hard I try to let them feel just like on vacation at the seaside, my stylizations, my colourful table settings - it all doesn't matter, Everyone's insulted, sulk, and nothing more.



Śniadanko najzwyklejsze, żadne tam wykwintności. Ot kiełbaska i jajo z kiełkami rzodkiewki, pełnymi witamin i... drobnoustrojów. Stąd też dzieciom nie próbuję serwować nawet.

Breakfast... very simple, really not sophisticated one. Just some sausage and eggs with raddish sprouts, full of vitamins and... microorganisms. I even don't try to serve them to children.










LinkWithin

Related Posts with Thumbnails